A teraz opowiem Wam, co u mnie się przez ten czas wydarzyło.
Końcówka roku była całkiem miła, liczyłam na długo wyczekiwane spotkanie z bardzo ważną osobą, o której wspominałam już w pierwszych notkach na tym blogu. Wierzyłam, że jest inny niż wszyscy, że mogę mu zaufać. Niestety okazało się inaczej. Nie przyjechał, stwierdził, że nie ma za co kupić biletu. Uwierzyłam, przecież każdy może mieć czasem pusto w kieszeni. Myślałam, że sytuacja zmieni się po nowym roku. Dostałam zaproszenie na ślub i wesele koleżanki, z którą przez 4 lata mieszkałam w jednym pokoju na stancji, a na studiach byłyśmy w jednej grupie. Ucieszyłam się ogromnie, od razu powiedziałam o tym M. Chciałam, żeby był tam ze mną. Zgodził się bez wahania, powiedział mi nawet, że będziemy najpiękniejszą parą (no może drugą, zaraz po N. i S. - gwiazdach tego wieczoru). Przez kilka dni kontakt nasz był sporadyczny, co mi się nie bardzo podobało, gdyż uwielbiam z Nim rozmawiać, słysząc Jego głos, po prostu się rozpływam...
Jakież było moje zdziwienie, gdy któregoś wieczoru, jak zwykle rozmawialiśmy przez telefon i dowiedziałam się, że złamał nogę. Wszystkie plany szlag trafił. Po raz kolejny miałam przed oczami samotny wyjazd na wesele (nie mogłam zrobić świństwa mojej kochanej N. i się nie zjawić), postanowiłam, że co by się nie działo, będę w tym dniu razem z Nią.
W zanadrzu miałam jeszcze przyjaciela, pomyślałam, że warto zapytać, być może poszedłby ze mną. Zgodził się. Niestety wieczorem zapytał, czy może to jeszcze przemyśleć do następnego dnia. Dałam mu czas, w końcu to musiała być jego decyzja, nie chciałam go do niczego zmuszać, nakazywać, że ma ze mną iść. Rano otrzymałam wiadomość, że jednak nie może ze mną iść (to było 2 dni przed weselem), nie podał żadnego powodu, ba, nawet zablokował swoje dane na skype, żebym nie wiedziała, kiedy jest przy komputerze... Stracił wiele w moich oczach. Przyjaciele się tak nie zachowują... Na dodatek w czasie mszy, na którą pojechałam sama, przysłał mi smsa, żebym mu wybaczyła, że nie ma go tam ze mną. Już 6 dni się nie odzywa. W sumie to bardzo dobrze, przekonałam się, jaki jest naprawdę.
Wesele było świetne, małe, kameralne przyjęcie, ale wybawiłam się za wszystkie czasy, mimo tego, że byłam sama i jedyną osobą, którą dobrze znałam była moja N. W tym miejscu chciałam Jej i S. z całego serca podziękować za zaproszenie i świetną zabawę, a przede wszystkim pogratulować i życzyć samych cudownych chwil na Nowej Wspólnej Drodze Życia :*:*:*
Martwiło mnie jednak milczenie M. Nie mieliśmy kontaktu od jakiegoś tygodnia. Ale z drugiej strony nie chciałam się narzucać, nie jesteśmy przecież parą, każdy ma prawo do prywatności, swojego życia, swoich znajomych. Trzy dni temu nie wytrzymałam i napisałam do Niego, krótko i zwięźle, że nie lubię niejasnych sytuacji i niech powie, dlaczego się w ogóle do mnie nie odzywa. To co mi odpisał zwaliło mnie z nóg, świat runął w jednej sekundzie. Przeczytałam "Mam raka, nie chciałem ci mieszać w głowie, nie możesz się wiązać z mężczyzną, który za rok albo dwa może umrzeć". Do tej pory nie umiem opanować łez, codziennie płaczę, w nocy nie mogę spać. Powiedziałam o tym mamie i siostrze, a one stwierdziły, że pewnie ściemnia, bo za dużo tych złych rzeczy na Niego spadło w tak krótkim czasie (w listopadzie pisał, że go napadli, okradli i pobili, w grudniu złamał nogę, a teraz to). Chciałabym wierzyć, że kłamie, ale uwierzyłam Jemu. Jest mi ciężko, nie potrafię się na niczym skupić, cały czas o tym wszystkim myślę... Boję się, że już nigdy nikogo nie znajdę, nikt mnie nie pokocha, nikomu nie zaufam i nie uwierzę, że zawsze będę sama. To uczucie jest okropne, ale przepełnia mnie do głębi i nic na to nie poradzę. Koleżanki próbują mnie pocieszać, ale szczerze mówiąc marnie im to wychodzi. Robię dobrą minę do złej gry, gdy jestem wśród ludzi staram się zachowywać się normalnie, uśmiecham się, ale gdy tylko jestem sama od razu łzy płyną po policzkach...
Zadaję sobie tylko jedno pytanie : DLACZEGO to mnie spotkało? DLACZEGO chociaż raz nie mogło być normalnie? DLACZEGO nie mogę być szczęśliwa?
Trzymajcie kciuki, żebym się wydostała z tego dołka, a właściwie MEGA DOŁA, bo czuję że będzie BARDZO ciężko ;(((
Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do końca :***