sobota, 27 października 2012

Pada śnieg, pada śnieg...


od rana dziś :/ zimno jak nie wiem. Nie lubię takiej pogody. Wczoraj miałam na studia jechać. Autobusem. Na szczęście okazało się, że koleżanka z pracy jedzie samochodem. Miała mnie zabrać, tyle, że ok 30 minut przed wyjściem z domu zadzwonił telefon, a w słuchawce usłyszałam przemiły głos pani z dziekanatu, która poinformowała mnie, co następuje : " zajęcia odwołane, gdyż wykładowca się rozchorował i nie da rady ich poprowadzić". Dobrze, że miałam jechać tym samochodem, bo w przeciwnym razie, już bym siedziała od dobrych kilkunastu minut w autobusie. Wtedy poziom mojego niezadowolenia z zaistniałej sytuacji sięgnąłby chyba zenitu. Patrząc na dzisiejszą pogodę cieszę się z tego faktu niezmiernie :)
Popisałam wczoraj trochę z P. okazało się, że wyjeżdża do Belgii :( i znów mi się humor popsuł. Ale przecież nie może być za dobrze, tak? No to właśnie nie będzie. Dlaczego zawsze ja? Dlaczego przegrać mam?
Poza tym odezwał się kolega. Z samego rana. A potem po północy. Przegadaliśmy 2 godziny... trochę mi się poprawił nastrój, ale dziś znów jest jakoś tak dziwnie... Niech mnie ktoś wreszcie pokocha, niech mnie przytuli! Podobno każda miłość przychodzi w porę, ale... Ile można czekać? Mam wrażenie, że nigdy się nie doczekam :((.
Siedzę teraz i układam poprawkowy sprawdzian :/ a jeszcze kartkówka do sprawdzenia czeka. Nie chce mi się! Słucham muzyki, wszystko po kolei, co mi jutjub zaserwuje. Większość o miłości. Łapię coraz większego doła. Nic mnie nie cieszy. Co z tego, że mam pracę. Nie mam miłości, a bez miłości człowiek jest niczym... 
I znowu smutna notka :/ Pewnie teraz tak już będzie...

Kokosowa

niedziela, 21 października 2012

I hate days like...


this. Dawno mnie nie było, wybaczcie, ale wena mnie opuściła. Chciałam opisać wesele M. i K., spotkanie z P., i wiele innych ciekawych rzeczy, ale nie mogłam się zebrać w sobie, więc teraz będzie skrótowo o wszystkim po trochu z ostatnich 3 tygodni.
Najpierw wesele. Pojechaliśmy samochodem (a nie jak było wcześniej planowane autokarem z innymi). Ślub był w pięknej bazylice, wzruszyłam się, jak zobaczyłam Ich takich uśmiechniętych idących do ołtarza, przepiękna chwila. Potem wesele - super! Wybawiłam się jak nigdy, a to dzięki M., K., D., A., P., P., B., E., Ł., M. Parkiet był nasz do białego rana! Niestety z powrotem były problemy, gdyż nasza maszyna odmówiła posłuszeństwa i musieliśmy wracać autokarem (a nad nią dalej głowią się specjaliści...) W tym miejscu ogromne dzięki za świetną zabawę! :********** ♥
Po weselu powrót do szarej rzeczywistości - praca, praca, praca. Bardzo się staram, choć nie wszyscy to doceniają, ale mówi się trudno, sama świata nie zbawię.
W weekend widziałam się z P., chciał mnie gdzieś zabrać, ale przekonałam Go, żebyśmy posiedzieli u mnie. Było miło, porozmawialiśmy, obejrzeliśmy "Wybacz, ale będę Ci mówiła Skarbie" (chciałabym tak mówić, ale nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi...)
Wolne dni szybko minęły i znowu trzeba było wracać do pracy. W piątek miałam jechać na zjazd i szkolenie, przenocować u M. i w sobotę wieczorem po zajęciach P. miał przyjechać i odwieźć mnie do domu. Jednak nic z tych planów nie wyszło. Zjazd odwołany, bo podobno wykładowcom termin nie pasował(?), a prowadząca szkolenie się rozchorowała. Na zjazd jadę w tym tygodniu, mam nadzieję, że tym razem się odbędzie. Tym sposobem weekend był nudny, nie spotkałam się z P., choć taki był plan. W ogóle teraz On się nie odzywa, a ja nie wiem dlaczego. Nie chcę za każdym razem pierwsza zaczynać rozmowy, bo wyjdzie na to, że się narzucam.
Ostatni tydzień w pracy upłynął pod znakiem uroczystości szkolnych. Najpierw DEN, przyjemna uroczystość, po raz pierwszy dostałam kwiaty, a nie dawałam ich innym nauczycielom, miłe uczucie :). We wtorek było ślubowanie I kl. gimnazjum. Potem już tylko środa, było mało osób w szkole, bo prawie całe gimnazjum pojechało na wycieczkę do stolicy. A jak to mówią "środa minie, tydzień zginie". U mnie sprawdza się doskonale, gdyż czwartki mam wolne :) Piątek to dzień sprawdzania wiedzy uczniów w formie pisemnej, if You know, what I mean ;).
I nastał kolejny weekend, z którym wiązałam wielkie nadzieje na towarzyskie spotkania, imprezy itp. Niestety, wyszło jak zwykle. Wczoraj cały dzień sprzątałam, wieczorem nie dałam rady ruszyć ręką ani nogą, ale z efektu jestem zadowolona. Ciekawe tylko na jak długo ten efekt pozostanie :D. A do dnia dzisiejszego nawiązuje tytuł notki, było nudno, smutno, bo gdzie się nie obejrzę, widzę jakieś zakochane pary, buziaczki, serduszka, a ja wiecznie sama. Wszyscy dookoła pytają, dlaczego nie mam chłopaka, a ja nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przecież tak bardzo chcę kogoś mieć, kochać, miłością bezgraniczną, do końca świata i jeden dzień dłużej, ale nie ma nikogo takiego. Każdy traktuje mnie co najwyżej jak koleżankę. Codziennie myślę o tym, co mają dziewczyny, które są w związkach, a czego mi brakuje? Naprawdę nie wiem :/ To tak strasznie boli. Z każdym dniem coraz bardziej. I nigdy nie przestanie. :(

Konia z rzędem temu, kto dotrwał do końca tej chaotycznej notki.

Kokosowa :((